Kierunek lekarski, Uniwersytet Medyczny w Łodzi - opinia absolwenta studiów stacjonarnych

1

Jak wygląda nauka na pierwszym roku?

Pierwszy rok to, jak wszędzie, dużo teorii – anatomia, biochemia, histologia – standard. Ale już od początku czuć, że jesteś jednym z setek. Przepych przez zajęcia, zero indywidualnego podejścia. Od drugiego roku zaczyna się coś, co można by nazwać "przetrwaj albo wypadnij". Zwłaszcza na klinikach, gdzie grupy są ogromne, a kontakt z pacjentem? Czasem lepszy miałam na praktykach w szpitalu powiatowym w moim rodzinnym mieście niż na tych niby renomowanych oddziałach w Łodzi. Tam przynajmniej byłam traktowana jak człowiek, a tu – jak potencjalny błąd systemu. Serio, na zajęciach czujesz się „do odstrzału”, a nie jak przyszły lekarz. I niestety wszyscy wiedzą, jak Łódź żegna studentów – nawet na 5. czy 6. roku przez KET, a jak się tu wylecisz, to nie masz opcji przepisać się gdziekolwiek – bo „moduły”, których nigdzie indziej nie uznają. Albo zaczynasz od zera, albo... no właśnie.

Jak oceniasz możliwości rozwoju jakie daje uczelnia i/lub wybrany przez Ciebie kierunek?

W praktyce, „możliwości rozwoju” to jedno z tych wyświechtanych haseł, które mają zamaskować fakt, że jesteś zostawiony sam sobie.
Koła naukowe? Jasne, są – jak w każdej uczelni, ale realnie to grupki studentów, które przygotowują prezentacje do sali pełnej ziewających kolegów i nieobecnych opiekunów. Czasem jakaś konferencja, ale tylko jeśli ci się chce kopać przez system, fundusze, drętwą biurokrację i wiecznie nieodpisujących prowadzących.
Nie oszukujmy się – to nie jest miejsce, które cię pociągnie w górę. Jak jesteś wyjątkowo ambitny, to będziesz miał dwa wyjścia:

1. Robić wszystko sam i udawać, że działasz „pod egidą” uczelni,

2. Albo się frustrować, patrząc jak uczelnia promuje tę samą trójkę ludzi na Insta, bo raz wyjechali na konferencję do Krakowa czy do jakiegoś innego miasteczka.

I najgorsze – ta uczelnia a raczej studenci lubi sobie wmawiać, że "mamy trudniej, więc jesteśmy lepsi". Nie, nie jesteście. Macie po prostu chaos, nadmiar studentów i zaniżone standardy traktowania ludzi.
A jak ktoś uważa, że „to hartuje charakter”, to może niech jeszcze dołoży testy psychologiczne i tresurę kijem – też będzie rozwój.

Jaka atmosfera panuje na uczelni?

Ciężka i przygnębiająca. Ludzie są w porządku, choć i tu czasem daje się odczuć wyścig szczurów – szczególnie jak ktoś "wisi" na przedmiocie, który może wywalić go po 4–5 latach studiowania. Wykładowcy – jak wszędzie, są lepsi i gorsi, ale ogólne podejście to: „jak nie dasz rady, ktoś inny da”. Czujesz się często jak zbędny element układanki. Nie powiem, żeby mnie osobiście ta uczelnia jakoś strasznie skrzywdziła, ale widziałam jak skrzywdziła wielu – ludzi, którzy się starali, uczyli, ale gdzieś w systemie się nie spodobali. Sama też czułam się traktowana pomacoszemu – bez wsparcia, bez zainteresowania, bez szczególnej szansy na poprawę. To niszczy.

Jak jest z mieszkaniem?

Wynajem w Łodzi jest tani – i to w sumie jedyny plus. Ale tanio często znaczy niebezpiecznie. Mieszkałam w okolicach Lumumby i wystarczyło przejść dwie przecznice dalej wieczorem, żeby poczuć się jak w polskim kryminale z lat 80. – ciemne bramy, podejrzane typy, strach iść sama. Nie raz słyszałam o napadach, kradzieżach, zaczepkach. Akademik – nie wiem, nie mieszkałam, ale opinie nie są zachęcające.

Życie w mieście

Miasto to niestety jeden wielki minus. Łódź jest po prostu brzydka, zaniedbana i depresyjna. Nawet jak próbujesz sobie wmówić, że to tylko kilka lat, to z czasem to cię zżera. Taka „klimatyczna bieda” może być ciekawa na weekendowy wypad, ale nie do codziennego życia. Jak ktoś szuka przyjaznej atmosfery i ładnych okolic – to Łódź tego nie da. Ani duszy miasta, ani jakiegoś poczucia bezpieczeństwa. To jest po prostu przygnębiające miejsce.

Własne uwagi, spostrzeżenia, wskazówki

Dostałam się do Łodzi, bo miałam za niskie wyniki na inne uczelnie, a tutaj przyjmują dużo – więc i progi są niskie. Dałam się wtedy nabrać na to, że to „Uniwersytet Medyczny”, że to niby coś znaczy, że brzmi dumnie. Prawda jest taka, że dla mnie Łódź to była bylejakość, ubrane w ładną nazwę. Żałuję, że nie próbowałam jeszcze raz rekrutacji. Żeby pójść gdzieś, gdzie atmosfera jest mniej toksyczna, a miasto daje ci wsparcie, a nie dobija. Może przetrwałam, ale za jaką cenę? Patrząc z perspektywy – nie polecam. Ani uczelni, ani miasta. Jeśli masz wybór to idź gdziekolwiek indziej.